niedziela, 1 sierpnia 2010

Nisza krytyczno - literacka

„Gra o różnicę. O osobliwościach wszystkiego w tomie Panoptikon Aleksandry Zbierskiej”.



[Aleksandra Zbierska, Panoptikon]




Panoptikon, czyli wszystko i wszystek, każdy i wszech; widziane, ujmowane, wyobrażane. Subiektywnie określona całość, solipsystyczna wizja wszystkiego w poetyckiej perspektywie. Wizja, którą można opisać jako panopticum, czyli świat ukazujący się w krzywym zwierciadle, w osobliwej formie. Być może to zwierciadło powie nam więcej, dzięki temu, że inaczej... W pewnej optyce można sobie przecież wszystko wyobrazić, można wszystko zobaczyć i w jednej chwili zrozumieć, a jednocześnie można się czuć się jak w muzeum woskowych figur, jak w galerii osobliwości. Tyle mówi tytuł i to chyba chce powiedzieć, wykrzyczeć, a miejscami wysączyć przez zaciśnięte zęby Aleksandra Zbierska w swojej nowej książce poetyckiej.



Dużo w tym tomie napięcia i złości, o śmierć, na śmierć, ale nie tylko o to, również o łóżko, o szczerość lub kłamstwo, o degrengoladę. Dużo seksualności, furii żeńskiej dykcji. Ta złość ma jednak również wymiar ponademocjonalny, jest rodzajem świadomości. Z przetrawionej przez autorkę materii doświadczeń rodzi się w tych wierszach wiedza. Wypowiadana wprost, do ludzi, ale nie przeciw ludziom, raczej wbrew i na przekór przyzwyczajeniom i „społecznym przystosowaniom” (Wieszając psy), z intencją wejścia w bezkompromisowy dialog z czytelnikiem.



Z pewnością wszelka stagnacja i życiowa jałowość są poetce jak najbardziej obce, co wynika już w trakcie lektury pierwszego wiersza. Talent oblige. Do czego? Czy może: jak to się dzieje? Jak to obligowanie działa? Te pytania pojawić się muszą już na samym otwarciu. Dynamicznie, z energią rozpoczyna się Panoptikon, od przywołanej w motcie i rozegranej w wierszu frazy Arystotelesa o źródle ruchu i przemiany. Jak działa siła poruszająca wszystko, w tym i dusze istot żywych? Zbierska źródło tego ruchu widzi wśród własnych dyspozycji: „trzeba zainicjować ten ruch, bo myśl nie trudząca się gaśnie”. Szczególnie, że talent obliguje. Talent też dojrzewa, ale nie rozwijany marnieje, a wraz z nim marnieje człowiek, który nie tworzy: „Są ludzie, którzy gdyby nie pisali, nie lepili w czymkolwiek, prawdopodobnie popełniliby samobójstwo”. Czyżby Zbierska pisała o sobie? Alternatywą dla braku energii twórczej, braku działania, pisania, jest w tym wierszu potencjalna śmierć – wizja samobójstwa, albo atrofii życia mentalnego. Czyżby poetka aż tak poważnie traktowała swoje pisanie? (…)

[A więc] talent obliguje... do życia! „Myślę: umarł, pójdę żyć”(Pusta noc). A żyć, to pisać, lepić w czymkolwiek (Talent oblige). Czyli... pisanie to gra o wszystko. O różnicę we wszystkim. O swoje miejsce?



W przestrzeni różnicy właśnie rozgrywają się wiersze tego tomu. W przestrzeni między korytarzami, w optyce przypominającej nieco nastrój polskich filmów z okresu „moralnego niepokoju”. Najpoważniejsze, elementarne prawdy i społecznie akceptowalne zasady poddawane są przez Zbierską prześmiewczej lub prowokacyjnej weryfikacji. Od początku można się poczuć wprowadzanym przez poetkę w nieznane rejony, pomiędzy Śmierć i śmierć, przed oblicze Boga, którego się nie bał samobójca (Wieszając psy), a widok „boga lekko wystraszonego drżeniem cichej wody” (Drąc koty). To jest obszar prowokacji i ryzyka, który trzeba w poezji Zbierskiej czujnie eksplorować, by nie stracić tego głębszego planu, nie uchybić echu… Bo przecież najłatwiej powiedzieć, że te wiersze są zawiłe, bliskie filozofującej prozie poetyckiej, przeintelektualizowane, że to się trudno czyta .Tutaj nie tylko to, co autorka opowiada, albo co przywodzi na myśl, ale również jak to robi, jest ryzykowne. To jest poezja, która próbuje c o ś mówić przez to j a k mówi, choćby to coś nieustannie się wymykało. Może chodzi o ten „nikły, lecz nieredukowalny ślad wszystkiego” (Melancholia), który Zbierska próbuje w poezji odnaleźć i zaznaczyć w bardzo swoistym stylu.



Dyskurs rozgrywany w przestrzeni niewidocznej różnicy „pomiędzy papierem a ptakiem” (To, czego nie powiedziano); prawdopodobnej różnicy „pomiędzy otwartym a zamkniętym”(tamże); między żywymi, w czymś lepiącymi i umarłymi, bądź umierającymi; mężczyzną a kobietą; a nawet w „szczelinie pomiędzy dwoma idealnymi ciemnościami”(Szparag), ma w książce Aleksandry Zbierskiej osobisty, ale i estetyczny wymiar. Poetka nie myli pojęć. To jest literatura inspirowana życiem, nie odwrotnie, nikt tu nikogo nie próbuje naciągać, ani hipnotyzować, i mimo, że padają czasem zaklęcia, np. „Niech: Duch weźmie górę nad materią_” (Body art) , to jednak forma ich zapisu ujawnia intencję narracji, jako zabawy figurą/zaklęciem i odniesieniem/nakładką: „Tako_rzecze _intencja _liter_moich”(tamże).



Teksty z Panoptikonu są wierszami sprawnie napisanymi, w kontrze do tradycyjnych układów, z wykorzystaniem bogatego arsenału języka abstrakcji ( supozycje, casusy, syntezy, eskapizmy i inne izmy...), ale i świetnie dysponującymi takimi środkami jak kpina, językowy żart („kopula raza” Eleganccy, elokwentni) oraz wulgaryzm („Chuju jeden” Przestrzeń między korytarzami; „pizdencjusze” Jak zawsze). Dzięki temu właśnie, wszechobecna i pełna napięcia, ale też nieco rozdygotana, emocjonalność żeńskiej narracji zostaje tu niebanalnie złamana i zrestytuowana na poziomie autorstwa. Oto, udaje się bowiem poetce opowiedzieć poruszającą historię osobistą i nadać jej charakteru literackiej rozgrywki, lingwistycznej zabawy.



Osobiście nie zachwyca mnie wtrącanie pojęciowości filozoficznej do tekstów poetyckich i czynienie z niej rodzaju kwakwofonii (poezja qua filozofia; filozofia qua poezja;), ani też makdonaldyzacja życia spójników w języku polskim... Nie jestem fascynatem efektownych udziwnień ortograficznych, interpunkcyjnych, czy graficznych, w poezji. Jednak w przestrzeni tomu Aleksandry Zbierskiej rzecz ma się nieco inaczej... Trzeszczą granice mojej czytelniczej wytrzymałości, kiedy widzę w wierszu frazę: „nas teraz do głębi – Tak! ^^Gnębi! Rozumiesz: ten Znak oporu - -> Coś...” (Body art), ale to, że jestem zaskoczony, wybity, może nawet zniesmaczony, pozwala mi inaczej odnieść się do fragmentu tradycji literatury parafrazowanego przez Zbierską w ostatniej linijce tekstu: „Tako_rzecze_intencja_liter_moich”. Jakiż to inny Nietzsche! W tym momencie, w optyce poprzednio osiągniętego dystansu, ujmuję fakt, że... to jest dobrze napisane. Świeżo i odważnie. A więc tak! „Żeby nie została żadna kreska, krzyżyk, ani kropka z tego mesmeryzmu”(Body art). Bez takich prób, które nie zawsze wychodzą poezji i poetom na dobre, niczego nie dałoby się na nowo zobaczyć, przemyśleć, po swojemu napisać. A już na pewno wszystkiego.



Przyjmijmy że literatura to jednak tylko gra. Tylko taka, że raz w nią wszedłszy nie można się z niej wycofać... (Może dlatego, zaledwie po kilku miesiącach od publikacji debiutanckiego tomu pt. Wibrujące ucho, Aleksandra Zbierska wypuszcza na rynek nową pozycję książkową…) Gra w szachy, czy w kółko i krzyżyk z lirycznym podmiotem, wymykającym się i enigmatycznym, bądź nazwanym po imieniu, czasem jednak imienia świadomie pozbawianym. Gra w klasy z czytelnikiem i literaturą. Czy gra o wszystko? Skoro „wszystko wokół przesadnie realne”(Piekło)... Można mieć swoją klasę w literaturze, albo „przyciąć piętę, by wcisnąć stopę w złoty pantofelek” (Jak zawsze)... Aleksandra Zbierska jawi się w tomie Panoptikon „Dziewczyną, która jest w drodze [przekornie] tej niewłaściwej”(Napisałam ci kartkę), ale z pewnością pokonującą tę drogę na własnych obcasach. Zbierska jest Solistką i solipsystką, autorką wierszy bynajmniej nie docinanych do wcześniej wymyślonej całości, poruszających, często ryzykownych, ale za to świeżych, innych, pisanych bez „dorabianej do kurestwa ideologii”(Kwit z pralni). W tym właśnie widzę ich niebagatelną wartość literacką.

Paweł Kaczorowski





*

Aleksandra Zbierska, Panoptikon, Wydawnictwo: BLACK UNICORN, Jastrzębie Zdrój 2009. Okładka twarda, stron 60.



Zobacz też:

Aleksandra Zbierska Wibrujące ucho, Seria Wydawnicza Pisma Literackiego „Red”, Opole 2009.



Solistki. Antologia poezji kobiet (1989. – 2009.); pod redakcją: Marii Cyranowicz, Joanny Mueller i Justyny Radczyńskiej. Oprawa graficzna: Marta Ignerska, rysunki: Pola Dwurnik; Wydawca: Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2009.



*

Link do wątku: Czy to jest ta „dobra poezja”? Wiersze Aleksandry Zbierskiej: http://www.wywrota.pl/db/forum/sb,time,parent_id,17248,nh,2




---------------




http://www.wywrota.pl/db/artykuly/17558_gra_o_roznice__w_tomie_panoptikon_aleksa.html




--------------
--------------












Czy to jest ta „dobra poezja”? Wiersze Aleksandry Zbierskiej.


W ramach działań Niszy Krytycznoliterackiej rozopoczynam nowe wątki z analizami i omówieniami wierszy poetów polskich odnoszących sukcesy w ostatnich latach.

Lista Autorów i omówienie założeń projektu Nisza Krytycznoliteracka znajduje się tu:

www.wywrota.pl/db/artykuly/17507_nisza_krytycznoli…


Tym razem zajmiemy się twórczością Aleksandry Zbierskiej z Poznania.

Poczytać o tej poetce można tutaj:
poewiki.org/index.php/Strona_osobista:Aleksandra_Z…

Apeluję:Wywrotowicze, Wywrotowcy i Wywrotki: Do dzieła! Bądźcie zdeterminowani i odważni, ale przede wszystkim wnikliwie czytajcie poezję i wyrażajcie o niej swoje opinie.


Oto wiersz z pierwszego tomu Aleksandry Zbierskiej pt. "Wibrujące ucho" (Seria SŻP, Seria Wydawnicza Pisma Literackiego "Red"; 2009):


"Zapytałam, dlaczego to zrobił"


Bo ceni różnorodność - odpowiedział facet co zdradził
i zdradzi jeszcze nie raz. Potem mówił o kulturze fiuta
i murzyńskich biodrach - dużych, przepastnych,
o których marzy Kuba B, bo:
demona murzyńskiej dupy nie wypędzi się z łba
czytając Spinozę czy Freuda - to instynkt

przeciwny skokowi. Siedzę w fotelu i czuję jakbym szła;
jakbym szła długą nocą - za nim i po niego,
a przecież nikt nie jest taki specjalny.
Odprysk Ducha -
najwspanialsza rzecz, jaką wszyscy dzielimy.

- Niech pani tak nie mówi, będę wył - powiedział
facet, który zdradził i zdradzi jeszcze nie raz.
Skąd ma wiedzieć dlaczego ten płacz?
Opanował się i wszystko jest ok. -
trumna na swoim miejscu, i ładnie zamknięta;
Orkiestra dęta gra Marche funebre Chopina,
słońca nie ma - a życie jest.

Autorka wybrała ten tekst, jako jej zdaniem udany, osobiście komentuje jego powstanie w następujący sposób:
"Uważam że najlepszy [z pierwszej książki] jest "Zapytałam, dlaczego on to zrobił" - autentycznie napisałam go w jednej sekundzie rozgoryczenia. Prawie wcale nie poprawiany, wykreśliłam poźniej z niego może jeden wyraz..."

Co sądzicie? Zapraszam do komentowania.




c.d. tu: http://www.wywrota.pl/forum/topic/17248

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Publikacje









WIERSZ PLATFORMA TRENINGOWA W RADIO MORELE:



http://www.radiomoreleigrejpfruty.com/Platforma_treningowa,n,4035.html




nowe teksty - publikacje

ŚWIĘCI Z BOSTONU

w sześcioosobowym dormitorium
leżeli obok siebie i były to te momenty:
po pierwsze - było ciemno, po drugie -
drzwi byłe zamknięte, po trzecie - pod ścianą
stał rozgrzany piec telewizora. trzeba

być realistą odwołując się do praktyk
seksualnych, które uznano za tabu. i to jest
ten moment czwarty, kiedy się zwiększa
siła magnezu krypto - gejowskiej reklamy.
tymczasem aport moralny okazał się być
niewielki: przypadkowy seks

jest jak morderstwo w nieustającym poczuciu
niewinności. i dominanta: grzechem jest
tylko to co czyni komuś krzywdę . ad rem:
po pierwsze - krzywda, po drugie - norma,
ponieważ krzywda należy do normy, jest
falą per contra. i to jest właśnie owo "nic"
co robi krzywdę w poincie.

[wyróznienie w konkursie im. Jacka Bierezina, Łódź 2009]





A zdychać wcale nie trzeba


Gwoździe zdarzają się małe. A bywają i duże,
jak palec. Droga pisarza usiana gwoździami,
przeważnie dużych rozmiarów. Chodzić po nich
trzeba boso, krwi ubędzie dosyć
i z każdym rokiem będzie ciec obficiej.
Jeśli jesteś słaby, to kupią cię i sprzedadzą,
zahukają, uśpią, i uwiędniesz, udając,

że jesteś kwitnącym drzewem. Błogosławię cię za to,
że dasz sobie połamać żebra, by dostać się
w sam środek rikszy. Ugnieciesz swą twórczość
jak ciasto, po to tylko, by spotykając człowieka
z wyrwanym strzępem serducha stworzyć w nagrodę -
dla równowagi - na miarę uszyte kłamstwo,
pocieszający fałsz, np.:

że pierwszy szczebiot ptaka o świcie
jest piękny. (Jedna z panienek zdejmuje pończochy
i boso spaceruje po śniegu, żeby nabawić się
zapalenia płuc i wyzionąć ducha.) Cześć wam,
szaleńcy, co zapalacie złoty sen dla ludzkości,
nieszczęsnej. Cześć waszym zębom
dygoczącym z zimna.







Kuba Bogu


Dedykowany niewątpliwie Teu bę


Laska mówi - twarz twoja nikła w oddali,
czekałam, chciałam cię jakoś ocalić. - To
z German - mówię. - Ja tu przychodzę nie po to,
by reperować twarz, ani otrząsać z kurzu
duperele. Cha zresztą wie, po co się tak
wywnętrzać. Laska mówi - paralele

czekania. Ja mowie - liść czekania - rozłąka,
jak liść pożółkły leżała pomiędzy nami.

Zostań, gdzie jesteś - słyszę - prochów z siebie
nie otrząsaj, trupa z buta nie odwracaj. Och,
to już innego rodzaju gra. Sadzie jabłkowy
z niedopieszczoną ja - błonką, owocu do gnicia -
mówię ci, pamiętam. Mam w ręku kamień,

podrzucam kamień, kamień do mnie wraca.
Laska mówi - bumerang. Ja mówię - dobrze.







o świcie.


Ma w sobie coś pięknego ta chwila, gdy spojrzenie
przestaje być spojrzeniem. Gdy rozpada się

powłoka cywilizacji, przymusu & dyscypliny
odsłaniając dziką, spragnioną mordu bestię.

Może to zabrzmi dziwnie, ale uświadomienie sobie
tej prawdy dało mi pierwsze odczucie wolności

ARTERIE

==










Wieszając psy

A gdybyś umarł dziś w nocy - zapytałam - to
co by ludzie o tobie pomyśleli? Uśmiechnął się
z niedowierzaniem, a potem spoważniał - to,

co widać: oszczędny, trzeźwy, sprytny, społecznie
przystosowany - trwający, jak kula na wpół
wygasłego żaru - ani zimny, ani gorący, w gruncie

rzeczy chory, bo ani jeden dzień mojego życia
nie był mój własny, lecz był jedynie tym,
co otoczenie dla mnie wybrało. Tylko śmierć

czyni wielkie miary i normy śmiesznymi,
więc ktoś nas wytresował, byśmy się bali -
światła, przestrzeni, górskiej ściany, morza.

I tak nie możemy wyobrazić sobie najgorszego,
bo to, co nas spotka, będzie gorsze od tego,
czego można by się spodziewać - zaśmiał się.

Więc gdybym umarł dziś w nocy, pomyśleliby -
biedny, mały skurwysyn, samobójca. Boga
się nie bał. Niech gnije w spokoju. Pies z nim.







zapytałam, dlaczego to zrobił

bo ceni różnorodność - odpowiedział facet co zdradził
i zdradzi jeszcze nie raz. potem mówił o kulturze fiuta
i murzyńskich biodrach - dużych, przepastnych,
o których marzy Kuba B, bo:
demona murzyńskiej dupy nie wypędzi się z łba
czytając Spinozę czy Freuda - to instynkt

przeciwny skokowi. Siedzę w fotelu i czuję jakbym szła;
jakbym szła długą nocą - za nim, i po niego,
a przecież nikt nie jest taki specjalny.
odprysk Ducha
najwspanialsza rzecz, jaką wszyscy dzielimy.

- niech pani tak nie mówi, będę wył - powiedział
facet, który zdradził i zdradzi jeszcze nie raz.
Skąd ma wiedzieć dlaczego ten płacz?
Opanował się i wszystko jest ok -
trumna na swoim miejscu, i ładnie zamknięta;
Orkiestra dęta gra Marche funebre Chopina,
słońca nie ma - a życie jest.




RiataBaum

==







Złapać cień karalucha



1.

Zatrułam się brzoskwiniami. Takie były czyste i miękkie, może dlatego, że Klod rąbnął je dla mnie - jest lekkością mojego światła. Budząc ducha poranków przywraca mi spokój. Pozwolę mu kręcić kołami mojej spódnicy z tuzin jeszcze razy, aż łzy wedrą się w chłodny projekt naszych chichotów roztapiając stres. Przez godzinę będzie cisza, która, jak najpiękniejsza muzyka, spowoduje drętwienie palców, a potem wg jakiegoś kodu On znów przekręci kluczyk potrajając i czterokrotnie zmniejszając moją paranoję, i weźmie mnie, jako zakładnika, a ja się poddam. I będziemy włóczyć się nonszalancko w głąb naszego la la landu.



2.

podrap mój nos - powiedział czerwony od gniewu. bujasz w obłokach apatyczny złodzieju i przychodzisz pogrzebać wszystkie moje sprytne niespodzianki. a ja pragnę krwi. pozycja, jak uścisk tabasco: zasysać wschód słońca aż do kukurydzianej erekcji twojej pustej gadaniny. A na tyłach sceny bananowa twarz ględzi o złudzeniach własnego "ja" i śmieje się otwarcie z dużymi kawałkami mięsa w zębach. chociaż mnie to nie bawi, skusiło mnie pragnienie. teraz kroczę dumnie w rubinowej plamie południa, rzucając arystokratyczny cień ordynansa.



3.

Och! pomarańczowa ośmiorniczko! zabiłaś się prawie w moim łóżku - powiedziała niewolnica garów - kuzynka z piętra pod nami (usuwała kilka razy), rzucając takie samo spojrzenie jak wujek z portretu, zanim odrąbał jej śliczną stópkę rozmiar 37.

Potem zrobiła herbatę, bo było wpół do piątej - ti tajm cholera, ile sprzątania - stwierdziła odziana w prowokujące desu.



Obsługa hotelu powiedziała "nie" z powodu pogrzebu. Klod przypomniał przypadek Prosiaczka. - miał trochę więcej bekonu na brzegu talerza, a teraz tylko żwir, więc urżnął się na drugim krańcu pudła z pisakiem. - Przestań drapać krocze. Cóż, on to właśnie robił, naprawdę - powie mama oszczerczym głosem Marka Twaina, topiąc nas obydwoje w fasolowym piure z ziemniakami.





* * *




Zamienię ból.


Telefony, telefony.


dziwki, taksówki, uwielbiam cię nocy!

Roztapiamy się w tłumie, odnajdujemy się w pościeli. Tamten czy tamta, któryś wyskoczył . Rodzice zabrali tylko jajo faberże, zręczny falsyfikat.



W donicy mieszka pająk. Oko, które patrzy hipnotyzuje. obrywam muchom skrzydełka,



moja siostra targa włosy. Chciałam jej ci dać w pysk, z histerią trzeba po męsku. Tymczasem to ja leżę w kiblu. Leciałam chyba dwa metry. No dobra. Idziemy na spacer, w tym mieście są jeszcze mrówki, i trawa, znajomi. podanie ręki ?

gilotyna.



Ten trzeci cierpi jeszcze, ale ja tego nie czuje. wąskie łóżko, prześcieradło na oknie, pająk śpi na podłodze, poduszka śpi obok niego. Pierwszy dzień zmartwychwstania. Jeszcze się chwieje.



Wymawiam ci - krzyczy współlokator. Burdel cholera!. Ściany zarzygane sokiem z czarnej porzeczki, w kiblu cieknie woda, podłoga się klei.



Kocham cię - mruga oko i ciało tuli ducha, który jest gdzieś indziej. O duszę nie trzeba już walczyć.



Jesteś w takim stanie nieważkości że w ciemnych okularach i w ciemnym lokalu jest ci wszystko jedno. Dotykasz moich pleców wsuwając mi rękę pod bluzkę. Niczego nie czuję, ale wezmę wszystko, choć darowany koń wcale nie musi mieć zębów.



pod poduszką truchło pająka, lekkie jak piórko. Wyssała go sucz samica a teraz sypie trocinami maleńkich odwłoków. Świństwo pierwszego zamysłu twórczego. Tylko proszę,

bez egzaltacji, rozdepczę na miazgę.



Ostatnia noc. Siny pośladek nieba nade mną, prawo moralne

Ma się dobrze, beze mnie, wszystko jest kwestią rutyny.





Kartezjańscy



1. Zastanówmy się, zanim zacznie marzyć
bo jego marzenie może się spełnić. Spróbujmy
bez emocji: niewinny - prostoduszny - uczciwy - taki
jest - zrodzony, a nie stworzony - dziedziczy
zwłaszcza strach. Z profilu przypomina Byrona
albo Ballarda, w każdym razie kogoś wielkiego - smutny
potomek chichoczącej rodziny. Nie mówi.
2.Nic? Wyje /zabił niewinnego psa, bóg wie co jeszcze
może zrobić/ karetka. Kierunek: Choroszcz - raj
obłąkanych jaj. Da się wepchnąć do szafy i popłynie
statkiem w gównie, które jest metaforą
strasznych narodzin i niemożliwej śmierci.
3. Na ulicy śmiech, dłoń czyniąca znaki zaprasza
pod prysznic znosząc fikcję w bezczasowość.
4. - Uczciwe kobiety są głupie. - Nie!
Cierpliwe. Chamstwo nie załatwia sprawy,
ale ją ułatwia, biedny dupku, mamy na imię
Sabrina i przez odwrotność odległości jesteśmy
zwierzętami. Chodź, wydalimy strach
na gazetę - uciekając się do przesady: gdzie byłeś,
gdy zamykano za tobą drzwi? Pozwoliłeś
się wymazać z ciemności. Anuluję
prawdziwą historię. Żebyś mógł odsłonić światło
odcinam się od głosu. Dzień dobry, szafo,
5. przypomina mi się, jak się czułem
tego wieczora, kiedy zmarł tatuś, jak mnie dręczyła myśl,
co z nami będzie. Co my poczniemy. - Ciiii synku,
dzieci będą miały przez ciebie złe sny.



Tygiel Kultury

==





Żywo, żywiej!

Jechał z miasta na rowerze i, podwiózł mnie
na ramie. - Możemy się przewrócić - uprzedził.
Zastanawia mnie, czy ma poplamioną sutannę
od spodu, ale kręcimy dalej. - Istnieją takie
zdania, którym nie można przypisać żadnej
wartości logicznej, w gruncie rzeczy, widzimy

tylko to, co chcemy zobaczyć: miłość, przyjaźń,
pudełko. Puk, puk! Wyjął kanapkę z plecaka
i życząc mi smacznego kontynuował - nie,
nie ma bardziej szczerej miłości, niż miłość
do jedzenia. - Czy Pan jest Żydem? - zapytałam -
ma Pan takie czarne włosy. - Widzę po obca -

sikach, że nosi Pani rozmiar 39? Daleko Pani
do stópki japońskiej. Przypaliłam mu papierosa,
żeby jakoś nadrobić tę swoją niezręczność, a
on, wyrzucił nadgryzione jabłko i syknął przez
ramię: maniaczko kontrolowania, madonno la
kretino. Rodzisz na grobie, cierpisz

za miliony, dostajesz tylko tyle, o ile po -
prosisz!? Dlaczego nie prosisz o więcej?











Idąc po śladach

Gdy nie ma ciemności, nie istnieje światło -
pomyślałam przed zaśnięciem analizując
wszystkie swoje potknięcia. I Ezra Pound

uśmiechnął się do mnie. Wśród tylu podobnych
wybrał właśnie mnie. Powiem ci, co wiem -
szeptał - zbierałem wiatr, strumienie zapachów,

fluidy, kolory i przestrzeń. Myśli rodziły się
w locie, lecz nie umierały w odpowiedzi
na modlitwę. Nie mów nigdy więcej: nie chcę,

poddaję się. Stań naprzeciwko siebie i powiedz:
kocham cię, Ego. Postaraj się być dla mnie
prawdziwe, a zrobię to samo dla Ciebie. Jeśli

ta miłość jest trudna do zatrzymania, sprowadź
ją do druku. Potem powiedział jedno lub dwa
niezrozumiałe słowa i w jakiś sposób były one

bezwzględne. Jak białe strzałki narysowane kredą
na asfalcie - znajduję napis: odwróć Się ku niebu,
ale nie możesz oderwać się od ziemi.







Wątpiłam

Do mdlejącego ego ST. Germain mówi: pomyśl
o Czasie, kiedy twoje ciało będzie umierać,
o brzydocie martwych, martwych –

martwych! Przyjacielu. Nie uciekaj od tego.
Ja mówię: nie umiem. St. Germain mówi: Pomyśl

o gwiazdach i - dokąd one spieszą. I czy TO
jest prawdziwe? Odzyskaj moment "teraz".
Ja mówię: nie umiem. St. Germain mówi: Czas

jest systemem wiary. Potrząśnij Ego, podsuń mu
sole trzeźwiące pod nos i - nie wyrzucając siebie
z Siebie - idźcie po doświadczenie.










Duszo moja

Bruno powiedział: jest jeszcze kawa
i cukier z ektoplazmy. Weź
srebrną zastawę i pozytywkę, Marto,
choć nie jest to zupełne i bezpieczne zerknij
na zdjęcie chłopca. Odżi
jest Słowianinem, właśnie ściął włosy.

Niebieskie powietrze, mgła - tak ciemno jest
dziś w Sun Francisco, a my prujemy
czarnym bentleyem przez twój niespokojny
sen. Ponieważ go umiłowałem, zostanę z nim
aż do zderzenia. To taki malutki show,
Marto. Za chwilę wstanie Sun Zi.

It's very, very soon. Tak pięknie jest
teraz. Bądź dobrą mamą.









III


co u mnie? zdaje się, wszystko jak trzeba:
bity materii i dźwięku wprawiają w rezonans
białko, więc moje ego rości sobie pretensje

do kolejnego wcielenia, gdzie niebo z nieba,
kość z kości, i twoja świecka wątpliwość -
po co? cóż, spróbuję ci to prościej opisać :

do tego miejsca, w którym teraz jestem
z pewnością przypływów powraca głównie strach.
czy chcesz mnie taką zobaczyć? z głową

załamaną na poduszce, z zapadniętymi oczami,
osłabioną przez brak pragnień i czucia?
jest we mnie noc bez jednej gwiazdy, piękno

i terror szukających się oznak istnienia,
cichy slajd wspomnień, i wpół zatrzymany
wdech. cienie przechodzą w cienie, a wszystko

się dzieje za szybko. ale to nie przeminie.
czy to jest dla ciebie niespodzianką? a jednak
mam marzenia, i nadzieję, przyjacielu. a one

rosną, rosną, rosną, i smak powraca na język.
tymczasem, jak posąg - w zacienionej uliczce,
bez głosu i oczu - odpoczywam w barwach ziemi.









Horyzontalnie



jestem szczęśliwy - powiedział - kompletnie
szczęśliwy, ponieważ pozwoliłem, by opuściła mnie
wszelka nadzieja. sam dla siebie jestem teraz
kimś postronnym. to wielka siła, wiesz? ale trzeba
uważać - materia w istocie cała jest wybuchowa.

nie można kochać za mocno (jak to

się często zdarza ludziom chorym na żółć);
nie można żyć mocniej. niekiedy, ale tylko niekiedy,
warto jest żyć długo. ułożył mnie na kanapie,
żebym mogła przemyśleć sprawę dalszego leżenia,
bo z tej perspektywy nie ma sensu

planować spraw bardziej poważnych ( ktoś

tłucze kotlety za ścianą. z poręczy fotela
na podłogę zsunęły się pończochy. leżą tak bezładnie,
że jest mi ich żal). niech będzie, że ten współczynnik
empatii trochę kłamie. myślę, że nie boję się
tak leżeć. boję się...nie myśleć...

Pogranicza

publikacje

* "Solistki" Antologia poezji kobiet (1989-2009), Warszawa

[1] http://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=119646

* Tygiel Kultury Nr 7-9/2009, ŁÓDŹ ( wersja online -

[2]) http://www.tygielkultury.eu/7_9_2009/aktual/d04.htm

* Wakat 1 (6)/2008, Warszawa

[3] http://www.sdk.pl/nocpoetow/manifestacje/wakat/spis6.htm

* Fragile 1/2008, Kraków

[4] http://www.fragile.net.pl/archiwum/archiwum-2008-1.php


* GW - Poznań nr 168, Dodatek Kulturalny ( Wiersz Na Nowy Tydzień) z dnia 20/07/2009 []


* Notatnik Satyryczny Nr 16/2009, Warszawa

[5] https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi2_9DfgjJ2P5u8u-uRzmVFBKqOZQXKP2rLTpHOPPPq77GaGqP4m56ec1CkQvGCTYTmqPoSUbMSRgTECrzwCC8Gd4Ba8HFkCFIaj-Yqz5n4k87ZdK1bgmpycws5IWmxv_eoFpIRORWnjUdE/s1600-h/Do+druku+NOTATNIK+X.jpg

* Pogranicza Nr 5 ( 89), Szczecin

[6] http://www.pogranicza.pl/pogranicza-5-2009,164.html

* RitaBaum Nr 14/2009, Wrocław

[7] http://www.pogranicza.pl/pogranicza-5-2009,164.html

* RitaBaum online, październik 2009 -

[8] http://ritabaum.pl/go.php?id=73&what=teksty

* Arterie 3(6)/2009, Łódź

[9] http://www.arterie.com.pl/poezja/8-ogolne/96-arterie-6

* Notatnik Satyryczny Nr 3/2010, Warszawa /PROZA/ wersja internetowa:

[10] https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi5OlAd2rcbLXGZXXsQjgjLKP4U3X1G48UUpFTGGA_4p1z69sWaLqgGLwTpXq2to6yYxMctnLxCm3j-fFR3FeMdh-a7mq_Iab8IXgqZth3BBXAjNl7I_F3u27uI0CH8rHRvejKgplo0-lH4/s1600-h/Marzec+do+druku20.jpg

[11] https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhJy2Z6icmab_7aBHjHhI3w-dFwdNKWgc5EqFQcTUwpPj7n_7tkSqPjVDp0RZM0ZDiF87V895dbpJoaY0jUzQriJYGqp8nMK94lS6NJa7a3t2tY2qZuFuQVOFwej6wYBsdNlK3iFcnHjzOG/s1600-h/Marzec+do+druku21.jpg

[12] https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhY4nRpPAfiBP4eWw7z7VxTohz2_3ynMNM6MqqHyU6HJwe_0OiXhESgs0wLUN6KHwRcd0ltIRC28Xuqa5ql4qOHoAsXmosPPlZ1GJmWt2ZSo9mX15pxKlSTTI_ku7J34MkDOwsdm-AGQM-Z/s1600-h/Marzec+do+druku22.jpg


* Antologia Poeci dla Tybetu, S.Ż.P. Brzeg 2010 - e-book str 77

[13] http://issuu.com/poeci/docs/poecidlatybetu/1?zoomed=&zoomPercent=&zoomX=&zoomY=¬eText=¬eX=¬eY=&viewMode=magazine

* Lamelli 1(61) Kraków 2009 - wersja internetowa, str 10

[14] http://docs.google.com/viewer?a=v&q=cache:0hCuePFBbEYJ:www.lamelli.com.pl/tresc/pismo/2009/styczen_09.pdf+aleksandra+zbierska+grafomanka&hl=pl&gl=pl&pid=bl&srcid=ADGEESgoFZKVlCUUrH2VJtRdiFDhVRR4ogw38z0YHruzodaqkCFgjkIvxpKB1hUYfp6efH8jRnbCi61zSpual3DvG4KMQJ2olO1k4RgZSUzcRmyK0vw72H5ObvS6voU30KZgKnc4X7Iy&sig=AHIEtbTZu5-Yylq8wqdlOWRGE_l4ism0aQ

* Zamojski Kwartalnik Kulturalny 2008 (str. 71)

[15] http://www.zkk.zam.pl/pdf/2007/93.pdf



PORTALE INTERNETOWE

* Ogród Wolności /The Freedom's Garden

[16] http://ogrodwolnosci.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=449&Itemid=1

-[17] http://ogrodwolnosci.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=461&Itemid=1

* Instynkt. org -

[18] http://instynkt.wordpress.com/2010/01/19/aleksandra-zbierska-sufler/

* Neurokultura -

[19] http://www.neurokultura.pl/poezja/65-aleksandra-zbierska-wiersze.html



* Art Scriptum -

[20] http://www.artscriptum.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=211

Varia

BŁĄD PAMIĘCI


zakończenie wydarzeń w gruncie rzeczy jest sprawą przypadku i tylko zewnętrznie wiąże się ze słowami: dostrzegam i odtwarzam przekleństwo tajemniczego fatum, które z pokolenia na pokolenie wysysa z nas siły. A jednak nasze geny przetrwały biologiczną degenerację nie po to, by teraz poddać się duchowemu bankructwu, moralnemu skostnieniu, absolutnej i strasznej pustce wewnętrznej.


Pod zewnętrzną powłoką


przesuwa się sznur postaci, niczym ruchoma galeria kontrastów, przyziemnych namiętności; na wskroś prozaiczne, a niekiedy żałosne i odrażające upozowanie dramatu wzjaemnie zapładniających się myśli. [Obudźcie mnie!] I wszystko zlazło. został goły człowiek.

Dwa koła współśrodkowe zaczęły się przecinać nie nakładają się na siebie.

Filozofio indywidualizmu epatująca ideowym Oderwaniem, strzało pożądania w beztroskim dementi, lapsusie filantropijnego szastania słowem -

ukryć zło czy je upiększyć?



Z BENTALU


Istnieją ludzie uważający za swój obowiązek kreować działania, które wydają im się obrzydliwe. Popatrzcie: na ścianie wisi zegar. Zegar nie jest

halucynacją - wszyscy mogą go widzieć. Myślę więc odróżniam dobro i zło za pomocą uczuć, tak jak rozróżniam kolory niebieski i żółty widząc,

że są różne. Dlatego spowiadam się wam, bracia i siostry, zgrzeszyłam, bo napisałam książkę mnożąc byty niepotrzebne, ponieważ nie ma nic,

w tej książce nic, kompletnie nic ciekawego. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. I już osiem nóg diabla pełznie mi po grzbiecie,

ręka diabla do snu mnie kołysze, i szept, jakby z bentalu, w kółko powtarzany : poczucie winy to słabość, to choroba. Nie ma dobrego wyjścia.

Nie ma złego. Pies pożarł kluczyki. Biegnie tu, po ósmej tarczy nieba. Pies nie jest halucynacją, widzą go plejady gwiazd. I wy możecie widzieć.



SEN GŁOSZĄCEJ SŁAWĘ


Co słychać ? - zapytałam. - Nie pracuję już w przychodni - odpowiedział. - Co poza tym? – Flauta - westchnął i zostawił mi autograf

podpisując kwit zapłaty. Noszę go przy sobie, ale z dnia na dzień jest coraz mniej wyraźny. Mam na imię Klio ( dokładnie tak, przez „k”).

Jestem kelnerką w Greenwich, niedaleko parku, przez który biegnie południk zerowy – meridian szczególny, zwłaszcza dla poetów.

Mam kilka niezłych autografów, all correct, w zeszycie. Żal mi poety od flauty. Zrobił świetną prozę, a jednak przeszła bez echa.

Podobno ten jego bohater, to taki dziwkarz epicki (lubię takich!) - może dlatego tytuł sugeruje coś na przekór? Dziś Boże ciało –

czujesz? Feeria kwiatów, wstążek. "Zmiłuj się nad nami” – napis krzyczy ( do mnie? ). Ale to nie mój sen. Jestem Klio ( dokładnie tak,

przez „k”) – dziś wracam do domu. Odliczam kolejną stację. Świat rozmazuje się za oknem, ja przed. I jeszcze credo na oddalającym się

parkanie: jeśli sens istnienia sprowadza się do patrzenia to: czego nie widać, tego nie ma. Oglądam kwit zapłaty – Pluszka zniknął…



PLATFORMA TRENINGOWA


Coś na kształt szkatułki, wewnątrz niej drogowskaz z opuszczoną literą: B[]g, kierunek: synteza prawdy ( najbardziej pewne jest to, co niemożliwe). Dalej

fantazmat bramy, której strzegą koszmary ( strach wymykają się wszelkim opisom), a przed bramą ściany: stawania się, rodzenia, umierania, i rozpadu

( cztery kolejne progi doznawania zmienności) i sam początek: Słowo. Ponieważ przyszłość nie jest opcją, Słowo zapala się od słowa polując na obietnicę ( to,

co wymyka się wszelkim opisom nie istnieje), dopóki zjawiska bujają się swobodnie popychając się wzajemnie do wyjścia - chodzi tylko o wprawę w pożegnaniach.



RZECZY TAK SAMO WAŻNE


(…) jak ta zima, którą ostatecznie odczuwam w samym sobie, chłodny, mroźny spokój, uczucie, a nawet przekonanie, że wszystkie rzeczy są tak samo ważne. Jakaś mucha budzi się i brzęczy na szybie, zelówki odpadają… Jens Bjorneboe


Nic złego nie robi. Dobrego też nie. Chce żeby było lepiej i wie dlaczego lepiej nie jest. Żywioły go nie słuchają, ludzie nie traktują, rzeczy patrzą obojętnie. Mnóstwo jest takich ludzi, którzy patrzą na świat, a świat im się nie odwzajemnia.

Odwrócił się w moją stronę: A ty kim jesteś? - Nie czuć głodu. Żeby tylko nie czuć głodu! - Och, co za dekadencja! Mój biedny skarbie. Korzystaj ze swoich lęków. Stąd bierze się większość pasji. A teraz spójrz: co rozdeptujesz? Ślimak? Tak blisko,

tak blisko! Ale to tylko wyczarowana przez maga breja mięsa. Niewinna i piękna. Zmiażdż ją, a cała rzecz zacznie się od nowa. Za sprawą chimery głodu, iluzji, fantazji. - Co z tego, co z tego. Co z tego? Zimy tutaj są dobre. Pełne ciszy, spokoju. I starość.


Ową

iskrę rozpalającą płomień, krew z palca
ukłutego szpilką, sakramentalne: tak - tak
FORMALNE: nie – NIE? Ego –
istycznych, ponurych i zdecydowanych
inteligentów, teatralną rutynę, pryncypia-
lnych, wątpiących TEISTÓW, bujny
temperament. Śmiałe, silne, bohaterskie,
koty, koty, koty. Kapitał moralny
FACETÓW, potrzeby lokalne KOBIET.
Opatrzność krzyczącą falsetem: OWA –
CJE !!!

Dla surogatów sztuki –

najwyższe uznanie. Obiad na stole. OWĄ
drogę kredową – niech Bóg wywyższy
we właściwym czasie. T y m c z a s e m
nie trzeba się żegnać

panoptikon

https://docs.google.com/viewer?a=v&pid=gmail&attid=0.1&thid=1227f175ef097883&mt=application%2Fpdf&url=https%3A%2F%2Fmail.google.com%2Fmail%2F%3Fui%3D2%26ik%3Dcaf66edfd3%26view%3Datt%26th%3D1227f175ef097883%26attid%3D0.1%26disp%3Dattd%26realattid%3D0.1%26zw&sig=AHIEtbRHZu6mamO1ZlzvK3puUp_QZxIuRw

pnoptikon - recenzje



Paweł Kozioł Ścinamy skrawki, skubiemy okruszki - "Lampa" 11/2009


[...]Podobieństw z ekspresjonizmem szukałbym także w nieco rozchwianym tomie Aleksandry Zbierskiej, noszącym tytuł panoptikon. Tutaj jednak gwałtowność jest mniej solenna, bliższa grotesce: Gwoździe zdarzają się małe. A bywają i duże, / jak palec. Droga pisarza usiana jest gwoździami, / przeważnie dużych rozmiarów, chodzić po nich będzie trzeba / boso, krwi ubędzie dosyć. Długość tego cytatu też jest symptomatyczna. Mówi o szwungu, o rozpędzie charakterystycznym dla tej dykcji - o niewątpliwych zaletach, których ciemny rewers stanowi wrażenie chaosu i braku koordynacji. Bo fragmentu o gwoździach nie da się czytać poważnie, natomiast sygnałów niepowagi też brak. Dopuszczam myśl, że autorce chodziło właśnie o wrażenie mowy pozbawionej centrum czy, jak by to inaczej nazwać, wypowiadanej bez konkretnej intencji - co byłoby zamysłem godnym uwagi, ale i czytelniczo dość męczącym.

Bo jest w tej książce coś, co męczy - nawet jeśli autorka co jakiś czas rozluźnia uchwyt żartami w rodzaju świnki lubią rodzynki a ptaszki fistaszki albo efektownymi bon-motami (a po drugiej / stronie łańcucha wulgarne twoje wargi / milczą "bierzesz pigułki?" A ja mam właśnie / okres chrześcijański). I nie chodzi tu wcale o gęstość, kacerskie eksperymenty, celne choć ostro brzmiące określenia w rodzaju aktoreczka incognito / wyjęta spod prawa penisów. Bo w mikroskali wszystko wydaje się dobre, nawet bardzo - trudno jednakże powiedzieć, do czego ta poezja zmierza.

I jest w tych wierszach coś takiego, że kiedy próbować czytać je na głos (czasem stosuję taki test, co też wiersz robi z aparatem mowy) co chwilę się pojawia pokusa zmiany tonu, przełączenia się na jakąś inną fonię (Oto gambit, który odpowiada / na zatruwające ducha miazmaty: poświęcam / krakanie, krzyki mew, szum skrzydeł, kurz twojej / twarzy, dupku). I jest w tym pewna stylistyczna bezkompromisowość, która uniemożliwia mi krytykę frontalną. Bo pamiętam, jak w przeglądzie lipcowo-sierpniowym, omawiając tomik Wibrujące ucho spodziewałem, spodziewałem się po Zbierskiej podjęcia większego ryzyka. No i masz - sprawdziło się, a tutaj dalej malkontenctwo.


==





Paweł Ivo Kaczorowski

[ I miejsce w konkursie krytyczno - literackim im. Jacka Bierezina, Łódź 2009]




Gra o różnicę. O osobliwościach wszystkiego w tomie Panoptikon Aleksandry Zbierskiej.


Panoptikon, czyli wszystko i wszystek, każdy i wszech; widziane, ujmowane, wyobrażane. Subiektywnie określona całość, solipsystyczna wizja wszystkiego w poetyckiej perspektywie. Wizja, którą można opisać jako panopticum, czyli świat ukazujący się w krzywym zwierciadle, w osobliwej formie. Być może to zwierciadło powie nam więcej, dzięki temu, że inaczej...W pewnej optyce można sobie przecież wszystko wyobrazić, można wszystko zobaczyć i w jednej chwili zrozumieć, a jednocześnie można się czuć się jak w muzeum woskowych figur, jak w galerii osobliwości. Tyle mówi tytuł i to chyba chce powiedzieć, wykrzyczeć, a miejscami wysączyć przez zaciśnięte zęby Aleksandra Zbierska w swojej nowej książce poetyckiej.

Dużo w tym tomie napięcia i złości, o śmierć, na śmierć, ale nie tylko o to, również o łóżko, o szczerość lub kłamstwo, o degrengoladę. Dużo seksualności, furii żeńskiej dykcji. Ta złość ma jednak również wymiar ponademocjonalny, jest rodzajem świadomości. Z przetrawionej przez autorkę materii doświadczeń rodzi się w tych wierszach wiedza. Wypowiadana wprost, do ludzi, ale nie przeciw ludziom, raczej wbrew i na przekór przyzwyczajeniom i „społecznym przystosowaniom” (Wieszając psy), z intencją wejścia w bezkompromisowy dialog z czytelnikiem.(...)

PiK





fragment eseju, który niebawem ukaże się w Tyglu Kultury/ŁÓDŹ

recenzje 'Wibrujące ucho'

Coś porządnego po raz kolejny wydało Stowarzyszenie Żywych poetów, przy okazji wykazując się całkiem dobrym wyczuciem dla głosów żeńskich. Oto do pisma literackiego RED dodano tomik Aleksandry Zbierskiej, zatytułowany: Wibrujące ucho. W zasadzie jest to mieszanka rozstrojonych podsłuchów i surrealistycznych obrazów ( wodorosty podeszły pod drzwi – totalna mobilizacja szumu albo Leżał w łóżku z brajlowskim wydaniem/ Pynchona. Przyjrzałam mu się z bliska: miał przytrzaśnięte palce). Dość w tym energii, aby czytać, aby zainteresować się.
Pod względem tematycznym dużo seksu ( Dać dupy, ckliwie się ścigać, possać ducha/ i zwinąć forsę, żeby się nie zorientował), jak również mnóstwo ironii w mówieniu o miłości ( jak w takiej parodii zaczynającej się od słów Bo mi się przyśniło, że to będzie pieśń miłosna/ czytana od tył , naśmiewającej się z przeróżnych sentymentalnych rekwizytów. W innych wierszach sporo za to motywów śmiertelnych, spośród których zacytuję ten z pingwinem: Śmierć przez utopienie lekka nie jest/ i to mu nie grozi, choć ciągle jest zdany/ na łaskę tlenu.
Zaraz, dlaczego opisuję ten tomik w sposób tak ostentacyjnie katalogowy? Bo nie umiem inaczej. Ta książka ma zimny połysk eleganckiego magazynu wydawanego na kredowym papierze, i chociaż reprodukowane są w nim sceny docierają niekiedy nawet do rejonów subtelnej perwersji, zamieszkiwanych dajmy na to przez Hansa Bellmera, to jednak najpierw widzę medium i jego ostentację, a dopiero potem zawartość. Możliwe zresztą, że takie było zamierzenie autorki – w takim wypadku muszę jednak powiedzieć, że widzę talent, kupuję wykonanie, ale projektu już nie. Z taką dykcją Zbierska śmiało mogła sobie pozwolić na więcej ryzyka.

Paweł Kozioł, Lampa nr 7-8, lipiec – sierpień 2009

„Bez łkań i innych dźwięków”. O Wibrującym uchu

Chcąc pójść tropem poetyckich szyfrów, jakie serwuje nam Aleksandra Zbierska, w trakcie wibrujących lirycz¬nych podróży będziemy zmuszeni do wyostrzenia zmysłów, gdyż taką właśnie poetka przyjmuje strategię: „Zamieniam się / w słuch, i jestem słuchem” (Wibrujące ucho). Wystarczy tylko przyłożyć ucho do drzwi, by poczuć drgania i wibracje, gdyż to właśnie tu „tętni / inny świat” (Śniło mi się, że będziesz się bał). Debiutanckie Wibrujące ucho to wła¬śnie poezja pisana „na podsłuchu”. Nie sposób niczego przemilczeć i zataić, gdyż podmiot z ironicznym uśmiesz¬kiem zdaje się wykrzykiwać: „Słyszę! Wszystko —” (Słowo, co spało). Jej bo¬haterka zewsząd (zwłaszcza zza za¬mkniętych drzwi) nieustannie nasłuchu¬je, pochłania poszczególne dźwięki i słowa, nawet zgrzyt „klucza w zamku / piętro wyżej” (Eleganccy, elokwentni). Spotykamy się zatem z poezją brzmiącą zasłyszanymi (i podsłuchanymi) strzępka¬mi rozmów, rozbudowanymi monologami czy niekompletnymi historiami. To wiersze-sztuczki pełne rozmaitych dźwięków i szmerów: „A tu — turla, rla, rla się wózek po betonie, kółka / skrzypią: zip, zip” (Jo¬nasz). Jednak jest to rejestracja fragmentaryczna, bo zasłyszana „z tamtej strony” (Ochłodzenie). Już na wstępie wyczuwa się tu niepokojące zamknięcie przestrzeni (podkreślone zgrabną konstatacją „Te drzwi / są zamknięte. Zajrzyjmy do środka”, Intencjał Zoldy), poza którą znajduje się podmiot wyznający: „Brakuje mi za¬mknięcia” (A ja mam właśnie napad paraliżu). Obsesyjnie powracający motyw zamkniętych drzwi, niedomkniętych i „neurotycznych okien” sprawia, że przestrzeń staje się niebezpiecznie obca. To właśnie tam, skąd „przez dziurkę od klucza wlatują trzmiele” (Zacznijmy od trzciny. Za domem jest), podmiot zdaje się słyszeć głosy. O dziwo, świat istniejący po drugiej stronie, pomimo swojej obcości i wrogiej izolacji („A jeśli nie wrócę? Strach pomyśleć / co czai się za progiem”, A jeśli nie wrócę? Strach pomyśleć), kusi i zachęca do przejścia: „pyk, pyk, i zatrzaskują się drzwi” (Pyk, pyk). I co dalej? Dalej już natrafiamy na ślady wyświechtanych konwencji: za drzwiami sny, śmierć i woda. Ale też zbrodnia. Wprawdzie poetka próbuje nie popaść w sidła ulubionych poetyckich motywów, ale przecież świadomie i obficie z nich korzysta: „Bo mi się przyśniło, że to będzie pieśń miłosna / czytana od tyłu, więc dobrze by było, gdyby padał / deszcz i drgała jakaś struna — tęsknoty na przykład, / a okno niedomknięte tłukło się o ścianę. I żeby było / smutno. / […] Otóż to: / nie potrafię dłużej się bronić” (Hello, hello Helenko, jako ci się pasie). Poezja Zbierskiej nie jest pozbawiona „nośnych metafor, / które graniczą z szalbierstwem języka” (Bożątko), ale dzięki temu wymyka się próbom statycznego ujęcia w konwencjonalne ramy. Bar¬wy, zapachy, a nawet dźwiękonaśladowcze chwyty („— i już, wystarczy, ciiii / S — zaaaa, na planie! Wystarczy tej nonszalancji! / Trzeba biec, wiatr szarpie za włosy, trzeba się schować / w płaszczu” (Jonasz); „Kap, kap, kap, spływasz. Quo?”, O Ester:) składają się na ten „wibrujący pejzaż”. Sensualny sposób komponowania rzeczywistości przypomina zabawy impresjonistyczne, dające wrażenie ulotności i nieuchwytności malowanych przez poetkę lirycznych obrazów: „A na dziedzińcu mgła, jak sponiewierana biel, / więc biegnij w tę mgłę, szalone tętno zostaw pod skórą —” (Jonasz); „widzi dym twarzy, powolne tempo / jego opadania” (Intencjał Zoldy). Idąc śladem młodopolskich inspiracji, wkraczamy zatem w świat niespokojnych snów, topielców i mętnych wód. Tu właśnie „popełnia się” „zbrodnicza” poezja Zbierskiej, tuż za zamkniętymi drzwiami: „bo jeśli jest / Corpus delicti, to musi gdzieś być motyw” (Hello, hello Helenko, jako ci się pasie). Nie bez powodu owo poetyckie „śledztwo drga” (Intencjał Zoldy). Bowiem Zbierska przyjmuje strategię poszukiwaczki: „Nie ma zwłok? // Nie ma zbrodni” (Romantyczność). Na tym jednak trop się nie urywa, gdyż śmierć czai się na każdym kroku: „Skąd ten smród? To po gościu — odpowiada dziewczyna / kopiąc pościel w stronę pralni. To co, / on umarł?” (A ja mam właśnie napad paraliżu). Jak widać, nie tylko dźwięki, ale również zapachy i kolory składają się na warstwę konstruowanego przez poetkę świata: „Zgniła zieleń, barwy trupie w basenie wody / nieruchomej fałszywe odbicie — smutek, smutek obecny / wszędzie” (Światło). Idźmy dalej: atmosfera lirycznych pejzaży staje się coraz bardziej przytłaczająca, wręcz dusząca. To poezja pisana na bezdechu („O! Jeszcze wdech, O! Jeszcze wydech / — więcej, więcej nonszalancji!”, Jonasz), gdyż „śmierć przez utopienie” (Ewolucyjna tęsknota pingwina) zamieszkała w tym świecie na dobre. Jakby tego było mało, nie odnajdziemy w Wibrującym uchu konstrukcji jednego stabilnego podmiotu. To swoiste panopticum postaci pozostających w ciągłym ruchu, które w dodatku odczuwają tę „śmiertelną niezgrabność” (Umrzeć we śnie. Leżeć). Cała poezja Zbierskiej przesycona jest sennymi wizjami i czujną obecnością śmierci. I mogłoby się wydawać, że wszechobecne braterstwo Hypnosa i Thanatosa narzuci wierszowi Zbierskiej charakterystyczną dla młodopolskiej frazy dykcję, a jednak poetka rezolutnie odpiera atak konwencji, mówiąc: „ja nie mam skłonności mistycznych” (Matka nigdy się nie uśmiecha — modli się). Obsesyjnie powracająca myśl o śmierci oraz wizje topielców („myślę wciąż o topielcach, i o ich cienkich, sinych / wargach”, O Ester:) nie są osnute aurą tajemniczości. Podmiot nie odczuwa niepokoju, jedynie dyskomfort: „śni mi się pogrzeb za pogrzebem […] / ja to widzę, tak bez przerażenia — / całe to misterium śmierci i wszystko, co potem: / pogrzeb, feeria kwiatów, wstążek i błoto, / które pożre trawę, wiosnę i wszystkie te cmentarne / rekwizyty, a potem pożre mnie” (Płynące teraz). Oniryczne wizje nie są podporządkowane jednej (i na pewno nie melancholijnej) tonacji i mimo że „woda była czarna” (Gangbang), to „czerń nie jest cudem” (A ja mam właśnie napad paraliżu). Z kolei korowód karykaturalnych postaci („żałobnicy. // Z balonikami, balkonikami, z pomponami”, Jonasz), maszerujących w takt „Marche funebre Chopina” (Zapytałam, dlaczego to zrobił), to hipnotyczny kondukt somnambulików. Podmioty w poezji Zbierskiej to postacie pozostające w półśnie, poruszające się mechanicznie („Uciec w bezruch, czy tuptać w tym kole?”, Śniło mi się, że będziesz się bał) lub sparaliżowane („miał usta pełne pierza, a ja napad paraliżu”, A ja mam właśnie napad paraliżu). Kolejne wersy przypominają wręcz seanse hipnotyczne, a powtarzające się frazy brzmią jak hipnotyzująca mantra: „Śni ci się, że musisz wstać, że za chwilę / gdzieś się spóźnisz” (Pyk, pyk). A Zbierska, jakby świadomie prowadząc tę grę, z uśmiechem dodaje: „ta narracja powtórzeń jest przecież urocza” (Śniło mi się, że będziesz się bał). Nawet w formie wiersza poetka próbuje podtrzymać mechanizm powtarzających się słów — wiersz Jonasz to przecież akrostych. Zatem podążając tropem wyznaczonym przez poetkę, zostajemy mimowolnie wciągnięci w ów liryczny seans (ale czy na pewno wyjdziemy z niego zahipnotyzowani?). Bohaterowie tylko czasem wybudzają się z hipnotycznego półsnu, by choć na chwilę powrócić do zredukowanej świadomości: „Roger budzi się na moment, / mruczy: «Kurwa, to obłęd» i zapada z powrotem / w sen” (Umrzeć we śnie. Leżeć). Charakterystyczny jest wciąż powracający motyw „pełnych” ust — to usta „rozdziawione”, ale pełne pierza, kurzu lub wody. Somnambuliczni bohaterowie tej poezji mają kłopoty z mówieniem, a jeśli już mówią, to dlatego, że ktoś im kazał: „Mówię! Bo czuję się zmuszony” (Słowo, co spało); „Mówię, że z ust płynie mi woda, i / wodę mam w płucach ciemniejszą o jeden / ton” (Skarga zegarka); „w usta wkłada mi słowa nieznane. Obce. Tajemnicze. / Krwawiące” (Eleganccy, elokwentni). Ta sama sytuacja powraca w przypadku oddychania: „Coś tu nie gra. Instalują / skrzydła schodów, miriady ciał zostają / odwrócone, pękają pęcherzyki wypełnione / wodą, ktoś ma kłopoty z oddychaniem” (Po oczach); „otwieram usta i nie oddycham” (Zacznijmy od trzciny. Za domem jest). Histerycy? Dużo tu młodopolskich zbiegów okoliczności. Podmioty tej poezji to ludzie, którzy „odchodzą, wracają, zdyszani, / zziajani” (Śniło mi się, że będziesz się bał). Ale najistotniejsze jest to, że pozbawieni są możliwości wyartykułowania tego, co świadczy o ich tożsamości: „Próbujesz coś mówić, / ale zamiast słów z ust ci wychodzą bąbelki” (Pyk, pyk); „aż piana jej wyszła / na usta” (Gangbang). Być może to właśnie język jest tym, co nas tłamsi („I czy się dusił / we własnej skórze, w powodu spuchniętego języka?”, Kwestionariusz wsobny), dlatego też jednoznacznej odpowiedzi w historyjkach Zbierskiej nie będzie. Trzeba przyznać, że całość tych wibrujących i momentalnych „narracji powtórzeń” jest niezwykle spójna, a nagromadzenie mitycznych, kulturowych czy biblijnych kontekstów (są Freud, Nietzsche, Jonasz, a nawet Charles Bukowski, i nie na tym koniec) wzbogaca tę gamę dźwięcznych i barwnych, podsłuchanych historii. A jednak Zbierskiej udaje się pociągnąć nas za sobą, w ten poetycki trans, by po chwili przebudzenia, mogła uświadomić nam, tak „pyk, pyk”, że „świat jest takim ładnym snem” (Gangbang). „Więc sza! Ani słowa w następnej linijce” (Hello, hello Helenko, jako ci się pasie).

Aleksandra Zbierska: Wibrujące ucho. Klub Integracji Twórczych „Stowarzyszenie Żywych Poetów”. Brzeg 2009.

Katarzyna Szopa, Re: presje Nr 3 / 2009

Contra Katarzyna Szopa






Rafał Gawin, Michał Murowaniecki, Arterie 5, Nr 2/ 2009

Wibrator w uchu

M. M.: Zapewne dla wielu będzie to krzywdząca opinia, gdy powiem, że w ostatnich latach nie było zbyt wiele wpływowych książek poetyckich napisanych przez kobiety. Podkreślam: wpływowych. Jest to teza nieco prowokacyjna, zwłaszcza w chwili gdy SDK w Warszawie wydaje antologię poezji kobiet Solistki. Niewykluczone, że jest to przy okazji zdanie seksistowskie – jedna ze znajomych poetek powiedziała, że „poezja to zawód dla mężczyzn”. Niezależnie od tego, czy to prawda czy nie, wiosną tego roku ziemia w poetyckim światku drgnęła za sprawą ciekawego debiutu pt. Wibrujące ucho Aleksandry Zbierskiej – autorki znanej już nieco z publikacji w serwisach internetowych i cenionej za swe dokonania. Książka ukazała się w bibliotece czasopisma „Red.” jako plon I Konkursu „O Syfon S. Scherfersteina”. Po pierwszej lekturze wiedziałem już, że jurorzy tego konkursu błędu z pewnością nie popełnili. Wyłapali pewny siebie głos. Moim zdaniem niesie on ze sobą sporo energii; nie masz podobnego wrażenia?

R. G.: Tak, chciałoby się powiedzieć „nareszcie”, bo od debiutu Marty Podgórnik minęło już ponad dziesięć lat, a praktycznie wszystkie równie zadziorne i agresywne „poetyckie inicjacje” kobiet w latach 1997–2008 nie zbliżyły się do tego poziomu. Choć w tym okresie pojawiło się kilka dobrych i wyrazistych debiutów – wymienię przede wszystkim te ze śp. Biblioteki „Studium”: Marii Cyranowicz, Joanny Wajs, Joanny Mueller, Justyny Bargielskiej i Moniki Mosiewicz. Mimo to, kobiety dały się zdominować i zepchnąć na dalszy plan. Stąd m.in. pomysł na antologię Solistki. Większość wymienionych przeze mnie poetek (bez Wajs i Bargielskiej) uwalnia się od stereotypów poezji kobiecej, realizuje dykcje raczej bezpłciowe, a często „męskie”. Tak samo jest ze Zbierską, nie od dzisiaj wiadomo (vide: portale w sieci), inspirowaną poetyką Jamesa Tate’a, a także Edwarda Pasewicza i Johna Berrymana (bezpośrednio i przy „wykorzystaniu mediacji” Pasewicza) z jednej strony i Andrzeja Sosnowskiego oraz Johna Ashbery’ego (analogicznie: bezpośrednio i przy współpracy z „samplerem” Sosnowskiego) z drugiej. Gdzieś w tym wszystkim czai się niezłomny duch Franka O’Hary i jakby z ukrycia patronuje tym „wibracjom”, energetycznym kopnięciom i strzałom. Celnym, bolesnym – bo w końcu co to za wiersz, który czytelnika nie boli – jednak czy na pewno? Co może maskować tak podana pewność siebie? Czy w ogóle mówiąc o tym debiucie możemy uciec od stereotypów?

M. M.: Ja akurat nie odczuwam tutaj ducha O’Hary. Fakt faktem, udaje się Zbierskiej zachować własną barwę głosu – pewnie dlatego, że patrzy z innej niż wskazani przez ciebie poeci-mężczyźni perspektywy. Nie da się nie zauważyć pewności siebie, z jaką mówi podmiot, tej bezkompromisowości wypowiedzi. To częste dla tzw. poetyki męskiej, z której piszące obecnie poetki chętnie korzystają. Ale przecież podmiot wierszy Zbierskiej to kobieta. Kobieta, której nieobca jest pewna wrażliwość i – mimo wszystko – delikatność. Owszem, ona bywa tu skrupulatnie maskowana: tak, pozwoliłam gnojkowi pieprzyć / od przodu i tyłu – niechże uczestniczy, tu nie ma / delikatnych uczuć („A jeśli nie wrócę? Strach pomyśleć”), a jednocześnie nie mogę pozbyć się wrażenia, że w przypadku podmiotu Wibrującego ucha jest to mechanizm obronny, a więc reakcja bezwarunkowa. Odnajduję w tych wierszach przede wszystkim głęboką gorycz i ból maskowany makijażem. A przecież czym bardziej się swoje słabości maskuje, tym (jak sądzę) mocniej one oddziałują na innych. Myślę tu na przykład o takich fragmentach: smutek, smutek obecny / wszędzie. Tak, tak, trzeba dokądś iść. / Nadstawiam tyłek (miłość nigdy nie wychodzi z mody) i nie – nie proszę, tylko się grzecznie domagam („Światło”). Nieczęsto natrafiam na poetów, którzy umiejętnie sterują emocjami, nie wpadając od razu w jakieś manifesty i banały. Zbierskiej w większości przypadków udaje się od tego odciąć. Owszem, w jej wierszach pojawia się trochę efekciarstwa lub kontrolowanego kiczu, jak np. w wierszu „Miłość”: Dać dupy, ckliwie się ścigać, possać ducha / i zwinąć forsę, żeby się nie zorientował; wydąć usta w przydługim pocałunku, znaleźć cel tej gry: / Wiesz, kurwa, tylko miłość się liczy. Najważniejsze, że zazwyczaj widać w tym umiar lub konkretny zamiar.

R. G.: Umiar nie do końca wyważony i zamiar, który zostawia jeszcze trochę miejsca dla mniej kontrolowanych przestrzeni językowych. Wiersz nie jest tutaj instrukcją obsługi, i dobrze. To rodzaj pomostu między światami, coś granicznego, co nie może przechylić szali (zwycięstwa? porażki?) na żadną ze stron, jest poza czasem: i jutro też będzie wczoraj, i pojutrze, i poza-poza- / jutrze, umarli grzebią umarłych („Horse sense”). W innym miejscu pomiot liryczny (z premedytacją) potwierdza swoją krańcowość i „chorągiewkowatość”: Chciałabym / położyć się na trawie. Być trawą, / w gruncie rzeczy („A jeśli nie wrócę? Strach pomyśleć”). W końcu świat jest takim ładnym snem („Gangbang”), w końcu nie ma się dokąd śpieszyć: wszystko znika, rozpada się, a może nawet wybucha, dominuje fragmentaryczność, pozostaje jedynie dym uwięziony / w pozbawionym znaczenia momencie – / moment pozbawiony wieczności („Intencjał Zoldy”). Alternatywy praktycznie nie ma: Uciec w bezruch, czy dreptać w tym kole? („Śniło mi się, że będziesz spał”). Miłość – seks, śmierć – zbrodnia. Coś mi tu jednak nie gra – czy to nie jest ślepy zaułek? I, oczywiście nie poruszam kwestii światopoglądowych, tylko mam na myśli samą poezję, jej źródło powstawania i źródło niszczenia.

M.M.: Cóż, tematyka stara jak świat. Ktoś już powiedział, że wszystkie wiersze są o miłości i śmierci. To pewne uproszczenie, ale niejako można się z nim zgodzić. Dlatego nie wiem, czy należy dopatrywać się tu jakiegoś zgrzytu. Intryguje mnie natomiast fakt, że w książce mamy do czynienia z pewnym przerysowanym, wyraźnie zdeformowanym przedstawieniem tych dwóch motywów. Miłość jest brudna, „pornograficzna” i wynika głównie z seksu (albo lepiej powiedzmy: jest do seksu sprowadzona). Z kolei śmierć to wypadkowa zdrady i zbrodni. Nieuniknione jest zatem przenikanie się tych dwóch tematów. I znów można powiedzieć, że „to już było”, ale przecież poezja nie polega na tym, by za wszelką cenę wyszukiwać nowych zagadnień, tylko by znajdywać metodę na to, jak je w nowym świetle przedstawić. Mnie osobiście podoba się to rozchwianie, z jakim poetka wkracza do gry, której zasady już od dawna znamy – to frapujące rozedrganie emocjonalne i próba usystematyzowania często sprzecznych uczuć.

R.G.: Tak, na przestrzeni całej książki podmiotem lirycznym wręcz miotają skrajne emocje. Ma to odzwierciedlenie również w tytułach wierszy: „Romantyczność” i zaraz potem „A ja mam właśnie napad paraliżu”, „Gangbang” i obok „Matka nigdy się nie uśmiecha – modli się”. Peelka igra z konwencją, to wciąż żywy i atrakcyjny postmodernizm, smakowite przetwory konsumpcyjno-ludowe. Powstają ciągi zapożyczeń: „Eleganccy, elokwentni” to jakby kolejna reinkarnacja tytułu poprzedniej książki poetyckiej Mariusza Grzebalskiego Słynne i świetne, która jakby już miała swoje stadium pośrednie w postaci tytułu antologii poetów Wielkopolski: Słynni i świetni. „Kwestionariusz wsobny” to kolejny poczet pytań „egzystencjalnych” – najpierw Machej pytał Karpowicza (poemat „Kwestionariusz Karpowiczowski”), następnie Przemysław Zawal (Komunikacja miejska) przepytywał Macheja, teraz to samo robi Zbierska. Trzeba przyznać, z dużym wdziękiem, choć jej poprzednik był bardziej przekonywający. Jest jeszcze kolejna wersja biblijnej historii Jonasza („Jonasz”), tym razem ze znaczącym naciskiem na dźwiękonaśladownictwo. Pojawiają się Charles Bukowski („W stronę hetero”) i skądinąd intrygująca agentka Scully („Bluff”), ale to we wspomnianej „Romantyczności” pada dla usprawiedliwienia podobnych zabiegów zdanie kluczowe: Nie ma zbrodni. To tylko literatura, tutaj można szaleć. Ale czy do końca? Wbrew pozorom podmiot tych wierszy szuka stabilizacji, swego rodzaju iluminacji („Zacznijmy od trzciny. Za domem jest”), prostoty, chce być jak zwierzę, według którego boli tylko to, co ożywione („Powiedziałeś”). I towarzyszy mu podwójny paradoks, deklaruje: Mówię, bo czuję się zmuszony („Słowo, co spało”), z drugiej strony robi to jakby od niechcenia – nieprawda, że nie mam hamulców, ja ich tylko / nie używam („Powiedziałeś”). To najciekawsze w całym zbiorze.

M.M.: Przecież tak wiele porywających historii opartych było właśnie na tego typu założeniach! Mówienie (pisanie z musu), a jednocześnie bez używania wyżej wymienionych „hamulców”, jakby istniał wyłącznie „pedał gazu”. Tylko od czasu do czasu trzeba zmieniać bieg. Dlatego ciekaw jestem, na ile Zbierska „wysprzęgli” swoją następną, już wydrukowaną książkę. W każdym razie Wibrujące ucho z pewnością nie jest bez wad. Jest coś, co mnie w niej wkurza niemiłosiernie, a mianowicie oprawa redakcyjna. „Red.” wydaje naprawdę porządne książki, ale takie kwestie jak rzetelna korekta w tekstach (ortografia, literówki oraz przede wszystkim poprawna i konsekwentna interpunkcja) powinny być standardem. Być może dla niektórych jest to sprawa marginalna i nie warto jej nagłaśniać, ale coraz częściej zauważam, że w tomikach najróżniejszej maści korekta jest „puszczana”. Zbierska wiersze umie pisać, co nie zmienia faktu, że każdemu zdarza się coś przeoczyć lub „dać się ponieść”. Dlatego też w takim momencie do akcji powinien wkroczyć redaktor. Nagromadzenie niedociągnięć może odebrać część radości towarzyszącej lekturze. Zwłaszcza w tekstach poetyckich.

R.G.: Tak, tym 35 wierszom należy się porządna reedycja. Paradoksy, sprzeczności, uporządkowany bałagan, kulturowy i kontrkulturowy magiel, (r)ewolucja seksualna, sporo „post-”, a jednak brak prostoty, ostoi, kręgosłupa, choć niekoniecznie moralnego. Zgrzyty i nieścisłości. Kocioł polski, w którym chyba najważniejszy jest język i jego pozornie nieograniczone możliwości. Język, który jest żywy, ale czy można z całkowitą pewnością stwierdzić, że „ożywia”? Jest do czego wracać. Jest?

Aleksandra Zbierska, Wibrujące ucho, KIT „Stowarzyszenie Żywych Poetów”, Brzeg 2009.






SIEĆ:

* LITERATOR[1] - http://www.literator.pl/?p=195

* EWA BIEŃCZYCKA[2] - http://www.historiamoichniedoli.pl/?p=273

* WYWROTA[3] - http://www.wywrota.pl/db/artykuly/16577_aleksandra_zbierska_wibrujace_ucho_redsq.html

* rozmowa[4] - http://www.poema.art.pl/site/itm_158872_po_jasnej_stronie_mocy_wywiad_z_aleksandra_zbierska.html